redakcja | kontakt | prenumerata | reklama | Jestes niezalogowany  |  ZALOGUJ  

AKTUALNOSCI
ARTYKUŁY
BLOGI
ENCYKLOPEDIA
FORUM
GALERIA
KALENDARZ
KONKURSY
LINKI
RANKING
SYLWETKI
WYNIKI
ZDJĘCIA
  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [77]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
GrandF
Pamiętnik internetowy
Jestem Lekkoatletą

Panfil Łukasz
Urodzony: 1980-25-10
Miejsce zamieszkania:
18 / 19


2023-06-08

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
7859 (czytano: 1699 razy)

 

Dzisiaj miałem bardzo ważny dzień. Właściwie jak skończę pisać ten tekst to będzie już jutro, czyli dzisiaj więc ten dzień był wczoraj. W każdym razie był bardzo ważny. Dzień, który podsumował ostatnie prawie 22 lata mojego życia. Bardzo różne lata.

Nie chciałem cyfrowego tytułu tegoż rozdziału, ale wydaje mi się najwłaściwszym. Próbowałem go nazwać jakoś inaczej. Kiedy z prostych wyliczeń wyszła mi liczba 7859, jako fan himalaizmu pomyślałem o szczycie w wysokich górach. Ale żadnego o takiej wysokości nad poziomem morza nie ma. Najbliżej jest Nuptse w Himalajach. 7861m. Ale 7861 to nie 7859. Google nic sensownego nie wyświetla po wpisaniu 7859. Widocznie dla świata ta liczba jest kompletnie nieważna. Dla mnie ważna. I taką już zostanie. Już nic do niej nie dodam. Taką musi być.

Coraz łatwiej godzę się z zamykaniem pewnych rozdziałów. Na zamknięcie niektórych nie mam wpływu, a inne kończę z czystego pragmatyzmu. Bo tak będzie lepiej. Poziom sentymentalizmu spadł mi w ostatnich 20 latach pewnie o jakieś 90%. Nie żyję przeszłością. Pamiętam, bo pamiętać trzeba. Bo historia to fundament, bez którego ciężko wznosić mury codzienności. Łatwiej budować na czymś co już jest i co znam niż gdybym pozbawił się podstawowych danych na swój temat. Kiedyś byłem bardzo zabobonny. Ale chyba większość sportowców ma swoje pogańskie zwyczaje. Wyjdzie Ci start to od razu notujesz w głowie okoliczności towarzyszące. Myślisz jakie miałeś majtki na tyłku, którą skarpetkę najpierw zakładałeś, jak sznurowałeś buty i jaką pastą szczotkowałeś rano zęby. I wpuszczasz się w kanał absurdów. Zaczynasz wierzyć, że powtarzalność czynności da taki sam, doskonały skutek jak podczas udanej próby.

Obecnie wpadłem również do koryta przesądów. Niby postępuję odwrotnie. Idę do przodu, rzadko oglądam się za siebie, ale sam sobie tworzę nie mające sensu zasady. Patrząc teraz w monitor komputera nasuwa mi się pierwsza z brzegu. Banalna. Tapeta na pulpicie. Kiedy ją zmieniam, nigdy nie wracam już do tej której kiedykolwiek użyłem. No bo uważam, że to znów rodzi ryzyko odwoływania się do przeszłości. Może to ma sens kiedy człowiekowi jest źle. Przypominać chwile chwały i nastrajać się takimi prywatnymi dewocjonaliami. Ale mi nie jest źle więc tapety mam nowe. W ten sposób zaniechanie rytuałów stało się rytuałem.

Nie jest też tak, że w ogóle nie wspominam, że wymazuję zwłaszcza niewygodne wspomnienia, których mam aż nadto. Pamiętam i przywołuję jako przestrogę. Wczoraj jednak wróciłem do przeszłości w sposób fizyczny. Aby godnie uczcić liczbę wartości 2 metry niższą niż wspomniane Nuptse wybrałem się pod Poznań, w okolice niespełna 8-tysięcznego Kórnika. Co ciekawe Kórnik ma ostatnią, zanotowaną liczbę mieszkańców na poziomie zbliżonym do tytułu tegoż rozdziału. 7784. Ale to odkryłem już tam będąc. W każdym razie nie chodzi o sam Kórnik. Chodzi o małą miejscowość Błażejewko, która w ostatnich 30 latach XX wieku słynęła z dużego ośrodka sportowo – wczasowego. Były hotele, domki, campingi, trzy restauracje, w jednej z nich dyskoteka, w innej dancing. Był stadion. Żużlowy co prawda, ale użytkowany przez lekkoatletów z różnych stron Polski i piłkarzy chociażby Lecha Poznań. Na terenie ośrodka przez ileś lat był zakwaterowany i trenował wicemistrz Europy z Pragi ‘78 i 5-ty zawodnik igrzysk w Moskwie, Jan Pusty. Klimat do treningu i wypoczynku był w błażejewskim ośrodku wyśmienity. Od czerwca do września duży obszar przy samej linii brzegowej Jeziora Bnińskiego tętnił życiem. Jezioro Bnińskie nosi nazwę od Bnina, w którym urodziła się Wisława Szymborska. W czasach kiedy tam jeździłem nie miałem pojęcia kim jest Szymborska. Ostatni raz na zgrupowaniu byłem w Błażejweku 28 lat temu, a nasza wybitna poetka Nobla dostała rok później. I wtedy o niej usłyszałem. O ośrodku natomiast, słychać było coraz mniej. Od początku XXI wieku zaczął mocno podupadać, aż blisko 10 lat temu zamknięto go na dobre.

No to się wybrałem. I zastałem prawie nic. W każdym razie to co zastałem nie przypominało w ogóle tego co pamiętałem. Wszędzie tabliczki „teren prywatny”, ale dopóki nikt mnie nie będzie ganiał to nie zamierzam zwiedzania odpuszczać. No i chyba nikt nie będzie ganiał poważnego człowieka, za którego jednak od jakiegoś czasu się uważam. Nie spotkałem nikogo kto próbowałby mnie usunąć. Nie spotkałem nikogo. Nie ma campingów i nie ma stadionu. Jest łąka z zaroślami, które prawie zakrywały mnie na stojąco, a że mam 180,4cm wzrostu to można ex stadion nazwać dżunglą. Na tym stadionie miałem w 1995 roku dokonać magicznego skoku. Pobiec jeden kilometr szybciej niż trzy minuty! A, że rekord życiowy miałem na poziomie 3:07 to prosta matematyka mówiła o przesunięciu własnych granic o 8 sekund. Brat mój, który w tamtym czasie był w stanie biegać 1km pewnie w jakieś 2:26 obiecał mi za wynik 2:59.99 dożywotnie przekazanie własnego, doskonałego zegarka marki Casio. No i 15 sierpnia dałem z siebie wszystko. Wystarczyło na 3:00.88. Szlag! Ani magicznego skoku, ani zegarka. „Sekundomierz” jak o zegarku ze stoperem mawiał mój przyjaciel jednak dostałem. Brat jednak podarował zastrzegając jednak, że za te brakujące 89 setnych muszę mu kupić 3 czekolady. Kupiłem i niestety okazały się przeterminowane. Nie wiem czy zjadł, ale do zegarka roszczeń już nie miał. I wczoraj byłem właśnie w tym samym miejscu. Niby w tym samym, ale jednak formą nie przypominającym obiektu sportowego.

Powłóczyłem się po śladach dawnego ośrodka. W jego południowej części na bazie starych budynków rosną apartamentowce. Tam ludzie byli, tam nie szedłem, tym bardziej, że zabetonowano i zamalowano ślady przeszłości. Majaczące gdzieniegdzie ścieżki i chodniki, którymi rzesze młodzieży, sportowców i wczasowiczów przechadzały się przez kilka dekad letnią porą miały wciąż dość wyraźne zarysy. Znalazłem plażę, na której jako dziecko spędziłem niezliczoną ilość godzin. Bo pomijając ostatnie zgrupowanie w Błażejewku gdzie byłem już relatywnie dużym, 15-letnim chłopakiem, wcześniej spędzałem tam czas niemal każdego lata od roku 1981. Woda w jeziorze okazała się czystą więc popływałem. Moja wyobraźnia uznała, że jezioro ma taki sam zapach jak w dziecięcych i wczesnomłodzieńczych latach. Czyli uznała, że jezioro musi mieć jakiś niepowtarzalny zapach co jest tezą dość kontrowersyjną. Nie wiem nawet jak to zbadać, bo nie słyszałem o istnieniu koneserów zapachu jezior. Posiedziałem na plaży, popracowałem przed laptopem, muzyka niby nostalgiczna „The Park on Piano” Jana A.P. Kaczmarka nie wbijała mnie ani przez moment w melancholię. Czy powinna?

Wszystko nadgryzione, zardzewiałe i zarośnięte. Amfiteatr „Pod Muszelką”, centrum kultury ośrodka na którym odbywały się koncerty wyglądał jak kadr do filmu na podstawie opowiadania Edgara Allana Poe. W zaroślach ławeczki. O dziwo kompletne, ale spróchniałe, omszałe i zagrzybione. Nieme świadkowe wakacyjnych miłości. Ileż to pięknych dziewcząt i urodziwych młodzieńców obiecywało sobie na ich siedziskach miłość do końca życia. Ja nie obiecywałem. Bo mój poziom śmiałości był jeszcze niższy niż moja motoryka, która mimo że trzyminutowa na kilometr to jednak dawała efekty. Zatem nie obiecywałem, bo nie poznawałem. Bo się bałem. Podejść do dziewcząt z kolonii, albo zawodniczek Orkanu Poznań, czy Calisii Kalisz, które tam wówczas obozowały. Szkolne miłości jednak bywały. Swoje spostrzeżenia wolałem jednak wyrazić listem niż mową. Głosząc sportowe historie też przez pierwsze 8 lat nie wstawałem zza biurka, bo wolałem pisać. Nie sądziłem, że mogę mówić na tyle swobodnie i bezstresowo, że stanie się to moim zawodem. Jeszcze w 2013 roku gdyby ktoś mi powiedział, że będę komentował największe imprezy biegowe i lekkoatletyczne w kraju to uznałbym, że nałykał się wody z niewłaściwego jeziora.

Jezioro Bnińskie jest piękne. Dla mnie zawsze tajemnicze. Zwłaszcza drugi brzeg, który wydawał się tak odległy, że wręcz nierzeczywisty. Ale, że znów od ponad 3 miesięcy jestem biegaczem, absolutnie rekreacyjnym to mogłem na ten drugi brzeg pobiec. Pobiegłem i pierwszy raz odkąd znam ten widok, czyli od 1981 roku zobaczyłem jak wygląda przeciwległa linia mojego pachnącego jeziora. Pobiegłem do Zaniemyśla, miejscowości również w jezioro wyposażonej, położonej jakieś 7 km dalej. W tymże Zaniemyślu mój organizm przypomniał sobie, że termometr wskazuje 30 stopni Celsjusza. Jak już sobie przypomniał to się odwodnił. Musiałem po 14.6km przerwać jogging i wejść do sklepu zapominalski organizm napoić. Wzorując się na biegaczach ultra górskich wypiłem puszkę pepsi coli. Wypiłem zero siódemkę izotonika i wziąłem na drogę połówkę cisowianki. Niestety w powrocie do Błażejewka przeszkodził mi mięsień dwugłowy, który od 3 tygodni skutecznie mnie hamuje. A jak już wspominałem, tego powrotu było całe 7km. Ale, że było jakoś przyjemnie to ten powrót mimo że ślimaczo wolny, nie był uciążliwy.

Uciążliwym dla umysłu nie okazała się również wizyta w resztkach ośrodka, który o tej porze roku, ćwierć wieku temu zbroił się na przyjęcie setek wczasowiczów. Kiedy nowymi lamperiami lśniły już hotelowe korytarze, kiedy beczkowóz dosłownie mył ośrodkowe asfalty, a kuchnia robiła przemysłowy zapas ziemniaków na nadchodzące wakacje. Było wspaniale. Nie ma sensu tęsknić i zawodzić nad stanem obecnym. Ośrodek w Błażejweku to znikający kurort – widmo. Coś w jego miejsce zapewne powstanie. Na pewno nie będzie próżni. Cokolwiek to będzie być może posłuży nowym pokoleniom i dla nich będzie cudownym wspomnieniem z dzieciństwa. Wspomnieniem wywołującym uśmiech, a nie osią wokół której kręci się bieżące życie.

Ja wyjechałem z uśmiechem. Do Kórnika. Kojarzącego mi się głównie z Białą Damą, jej zamkiem i kolejnym pięknym jeziorem. Bo to taka okolica. Gdzie nie rzucisz kamieniem to wpadnie do jeziora. Na rynku w Kórniku wypiłem kawę, posiedziałem znów przy laptopie i poobserwowałem ludzi. Praca pisząca jest niezwykła pod wieloma względami. Można wykonywać ją wszędzie. Ogranicznikiem jest tylko bateria komputera. A nawet i bez sprzętu papier jest wciąż niezastąpionym narzędziem. Albo dyktafon. Podobno dialogi w słynnej produkcji Disneya „Pocahontas” zostały zarejestrowane przez reżysera właśnie na dyktafonie. Może to jakaś legenda? W każdym razie ja właśnie od Pocahontas o takiej metodzie usłyszałem. Wpada Ci coś do głowy, nagraj.

Siedząc na kórnickim rynku nagrywałem gałkami ocznymi różne postaci wywodzące się raczej z grona tych blisko 8 tysięcy mieszkańców Kórnika. Turyści raczej się wyróżniają. Przede wszystkim nadmiernym zainteresowaniem miejsca, w którym się znaleźli. Ci raczej korzystali z rynku w sposób praktyczny. Dzieci kąpały się masowo w fontannie. Jak na taśmie produkcyjnej starzy „kąpacze” byli zastępowani przez nowych. Ludzie jedli lody, raczej bez kawy. Ja piłem kawę bez lodów. Po przekątnej rynek pokonywała około 35-letnia, pijana kobieta. Zniszczona, brudna i zachowaniem wskazująca na zupełnie zaburzoną świadomość. Kiedyś była ładna. Nawet taka wieloletnia pożoga organizmu nie była tego w stanie ukryć. Obok mnie siedziały dziewczyny mniej więcej przed 70-tką. Raczej kumpelki, które wyskoczyły na plotki. Faceci też plotkowali. Dwóch takich pod lodziarnią. Jeden wyglądający jak Jurek Kukuczka po najtrudniejszej wyprawie, drugi jak Ato Boldon w 1997 roku. Kontrast niezwykły.

Za mną usadowiło się dość mocno stażowe małżeństwo, wyglądające na zgodne, szczęśliwe i trwałe. Ostatnie 7859 moich dni nie zawsze takie były. Owszem, bywały. Niezależnie czy były to dni kolorowe czy czarno - białe, były ważne. Bardzo ważne. Nie jak dla przeglądarki google, dla której ta liczba nic nie znaczy. Dla mnie znaczy. Ale to liczba skończona. Tak jak liczba lat funkcjonowania ośrodka sportowo - wczasowego w Błażejewku. Pobyt w nim będę zawsze miło wspominał, ale bez płaczu i tęsknoty. Tak jak 7859 dni.

Miło, bez płaczu i tęsknoty.

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Admin (2023-06-09,10:32): Wiem co czułeś. Ja tak się czułem jak po 20 latach pojechałem do Piły - a wcześniej przez wszystkie lata dzieciństwa spędzałem tam całe wakacje. Wszystko inne, ale wszystko takie same. Stałem na łące na której bawiłem się miesiącami jako dziecko i płakałem jako dorosły mężczyzna.
paulo (2023-06-09,10:53): Przepiękny blog! Szczególnie wzruszające jak się zna Błażejewko i okolice 🙂
szmajchel (2023-06-21,16:50): Żeby Cię zdenerwować zapytałbym, gdzie można znaleźć streszczenie, ale tym razem przeczytałem całość - bo wiem jak to dla Ciebie ważne. Powodzenia na nowej drodze życia.








Serwis internetowy EUROCALENDAR.INFO
post@eurocalendar.info, tel.kom.: 0512362174
Zalecana rozdzielczosc: 1024x768