redakcja | kontakt | prenumerata | reklama | Jestes niezalogowany  |  ZALOGUJ  

AKTUALNOSCI
ARTYKUŁY
BLOGI
ENCYKLOPEDIA
FORUM
GALERIA
KALENDARZ
KONKURSY
LINKI
RANKING
SYLWETKI
WYNIKI
ZDJĘCIA
  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [6]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
rafa
Pamiętnik internetowy
druga strona mocy

Rafał Galiński
Urodzony: 1973-01-
Miejsce zamieszkania: Zawiercie/Parkoszowice
17 / 25


2014-08-03

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Nordic Walking: niby taki banalny okiem biegacza (czytano: 2822 razy)

 

Stało się, dałem się wciągnąć! Na początku wydawał mi się czystą rekreacją, uprawianą głównie przez osoby starsze. Cóż to za sztuka, przejść się godzinkę z kijami. Jakie może wzbudzać emocje i jaki poziom endorfin generować? Wtedy wydawało mi się, że znikomy. Wielokrotnie mijałem chodziarzy w parku i w lesie, przebiegając obok nich bez specjalnego zainteresowania.

Następnie poznaliśmy Mariolkę, pasjonatkę NW i się zaczęło. Zabrała nas na dwa treningi, pokazała podstawowe elementy techniki i skorygowała błędy. Podobało mi się, nie powiem. Jednak tempo naszego treningu było powolne i towarzyszyło mi odczucie, że na endorfiny nie można liczyć. Pojechałem też z dzieckiem pokibicować znajomym startującym w zawodach w Poraju, było całkiem fajnie i tyle, znów zero emocji.

Kolejne zawody, tym razem bieg V Stawów w Myszkowie, przez wielu krytykowany za kiepską organizację, ale nie o organizacji chciałem wspomnieć.
Moja żona debiutowała na tej imprezie w wyścigu NW, dystans krótki, jakieś 3,5 km, ale emocje były i to jakie. Radziła sobie świetnie. Szła odważnie od początku. Biegałem z aparatem po całej trasie, robiłem fotki i obserwowałem zawodników. Wystrzelili jak z procy. Ci najlepsi zasuwali po 6 min/km. Jedna z dziewczyn, Agnieszka z Janowa zaimponowała mi szczególnie. Cichutka i skromna przed występem. Cytując T. Zimocha: „….Yuko Nakanishi stała na słupku jak japońska gejsza, ale teraz przerodziła się w wojowniczkę ninja”…. To właśnie stało się z Agnieszką, ona nie szła, ona wręcz przecinała przestrzeń, napierała do przodu całą sobą a ramiona wysuwała, niczym samuraj dobywający miecza. Dziewczyna wygrała cały wyścig, wyprzedziła wszystkich facetów. Moja żona była druga wśród kobiet a występ sprawił jej wiele satysfakcji, pierwsze podium i to od razu w debiucie. Ja natomiast już wiedziałem, że chcę prezentować taki poziom jak Agnieszka.

Jakieś trzy tygodnie później staliśmy już na starcie zawodów w Korbielowie. Miałem wielką przyjemność debiutowania w marszu Nordic Walking i to nie byle jakim, lecz na szczyt góry Pilsko. Przewyższenie trasy ok. 950 m na długości 8,5 km. Zaczęliśmy marsz naprawdę mocno, Tania wystartowała jak wystrzelona z armaty, w pierwszej trójce z dwoma mocnymi facetami. Nie mogłem jej dogonić a w nogach poczułem gwałtowny ogień, jakby zaczęły mi się palić. Jednak wizualizowałem sobie moich idoli: Zbyszka i Mariolkę a także Agnieszkę Deskę z Janowa. Zacząłem pracować mocniej ramionami i przecinać przestrzeń. Po pierwszym kilometrze było nieco lepiej, zajmowaliśmy czołową lokatę, kilku facetów nas wyprzedziło ale szli szybko, poza zasięgiem Tatiany. Na trzecim kilometrze wyprzedziła nas jedna laska, podobna do Pocahontas, w koszulce cyklu biegów Perły Małopolski. Zaczęła się naparzanka, całą pozostałą trasę pokonaliśmy, ścigając tę dziewczynę. Była jednak ciut za szybka i wygrała. Na metę wpadliśmy z drugim miejscem Tatiany w otoczeniu wspaniałych widoków i tłumu biegaczy górskich. Niestety, jak się okazało później, naparzanka była wyłącznie kwestią naszej wewnętrznej motywacji, gdyż masz NW nie był dekorowany przez Organizatorów. Podsumowując, wielu wspaniałych sportowców, godnych podziwu, ścigało się w drodze na szczyt tej pięknej górki.

Tydzień później wystartowaliśmy w Wiśle, rozgrywany tam był bieg i marsz na Trzy Kopce. Fajnie, ale mało zawodników i start indywidualny, zabrakło mi tu adrenaliny, zawody te postrzegam w kategorii wycieczki. Sympatycznym motywem było spotkanie z Arletą Meloch, która właśnie przebywała na obozie w Wiśle i startowała w zawodach biegowych.

Wreszcie przyszedł czas na zawody Jurajskiego Pucharu NW w Suliszowicach. Ponad 100 osób stanęło na starcie. W tym wyścigu po raz pierwszy wystartowałem na własne konto. Żona stwierdziła, że wśród wielu znajomych świetnie sobie poradzi i nie potrzebuje mojego wsparcia.
Rozpocząłem mocno od początku. Słyszałem wcześniej, że w NW bardzo ważne jest ustawienie podczas startu. Jeżeli jesteś z tyłu, trudno wyprzedzać, w wielu przypadkach nie ma właściwie takiej opcji. Ustawiłem się w 3 lub 4 rzędzie. Faktycznie, nie było jak wyprzedzać. Przez pierwsze dwa kilometry musiałem przechodzić przez wysoka trawę albo głęboki piasek. Tylko tam było miejsce na wyprzedzanie. Nogi płonęły mi żywym ogniem a serce chciało wyskoczyć z piersi. Wreszcie dotarłem do drugiego podejścia, tam zawodnicy zwolnili i miałem szansę na wyprzedzanie. Mijając moją żonę, ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, czyli ja wyrzucałem z trudem pojedyncze słowa a żona całymi zdaniami opisywała swoje wrażenia. Ledwie łapałem oddech, jednak nie zwalniałem. Na punkcie z wodą w połowie trasy nie piłem, nie wytracałem prędkości, wręcz przeciwnie, zwiększyłem kadencję i długość kroku.
Dwa kilometry przed metą. Przede grupa sześciu osób. Przed nimi jakieś 50 m zasuwała Mariolka. Zdecydowałem się na atak. Postanowiłem wyprzedzić całą grupę i zbliżyć się maksymalnie do dziewczyny. Stopniowo teren się wznosił, rozpoczynało się trzecie, długie podejście. Wyprzedzałem mozolnie zawodników przede mną. Całą grupę zostawiłem w tyle przed osiągnięciem szczytu wzniesienia. W tym momencie Mariola była najbliżej, około trzydziestu metrów z przodu. Spojrzenie na pulsometr, pięknie. Tętno na poziomie 185, prawie maks. Nie ma już zapasu, nie mam z czego przyśpieszyć. I właśnie w tym momencie pięknie zarysowała się różnica między nami. Mariola wrzuciła kolejny bieg i przyśpieszyła mocno. Wyprzedziła jeszcze debiutującą Tamarę, pozostawiła po sobie opadający kurz i osiągnęła metę pół minuty przede mną. Po minięciu linii końcowej padłem na trawę i pierwszy raz leżałem ok. dwóch minut. Żona wpadła na metę niecałe dwie minuty po mnie i osiągnęła drugie miejsce w kategorii wiekowej.
Takich emocji i prawdziwego ścigania doznałem niewiele w imprezach biegowych.

Po zawodach przez cały tydzień wszystko mnie bolało, jednak z dumą i wielką satysfakcja snułem się obolały, planując kolejne starty.
Nordic Walking... niby taki banalny oczami biegacza… Nic bardziej mylnego, dopiero niedawno pośladki przestały mnie boleć.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2014-08-04,11:20): najważniejsze, że sprawiło to Tobie wielką frajdę :) Gratuluję!
Varia (2014-08-04,16:23): Nordic nie jest wcale łatwy i wymaga sporo wysiłku. Tylko jest parę "ale" jeśli chodzi o zawody, o czym parę razy pisałam :) Niemniej życzę powodzenia w Pucharze Jurajskim!
Hung (2014-08-04,16:52): W zeszłym roku wziąłem udział bez przygotowania chodziarskiego w zawodach w Polanicy Zdr. (górki) i od razu na starcie splątałem się ze swoimi kijkami wyginając jeden. Dystans wynosił. 10 km. Po powrocie do domu miałem przez ponad tydzień takie zakwasy pośladków jakich nie miałem nigdy, nawet po pierwszym maratonie biegowym.








Serwis internetowy EUROCALENDAR.INFO
post@eurocalendar.info, tel.kom.: 0512362174
Zalecana rozdzielczosc: 1024x768